CZARNY I BIAŁY PIĄTEK – BEZ SZAROŚCI?


Ostatnie, piątkowe, manifestacje przyciągnęły setki tysięcy ludzi chcących pokazać swoje poglądy dotyczące aborcji. Przy okazji zobaczyliśmy niezwykłą polaryzację naszego społeczeństwa. Zmiany w ustawie aborcyjnej nie odpowiadały obu stronom barykady – jedni nie tylko przeciwstawiali się zaostrzeniu przepisów, ale także chcieli ich liberalizacji, drudzy oczekiwali dalszego zaostrzenia panujących zasad. Walka czerni z bielą. Ale co z odcieniami szarości?

Ciężko mi jednoznacznie opowiedzieć się za którąś ze stron. Aborcja to temat szczególnie trudny - musimy odpowiednio zadbać zarówno o życie kobiet jak i rozwijających się dzieci. Zbyt wiele tu wyjątków, szczegółów i niuansów, by jednoznacznie stwierdzić, że ma być tak, albo inaczej. Szkoda, że w tak ważnej dyskusji opieramy się na emocjach i politycznych sympatiach, zamiast na merytorycznej dyskusji. Zbyt rzadko słyszy się opinie specjalistów i doświadczonych lekarzy, a zbyt często polityków i hierarchów kościelnych, którzy o medycynie (bądź co bądź najważniejszej kwestii w całym sporze) nie mają bladego pojęcia. 

Oto kilka powodów, dlaczego uważam, że całkowita polaryzacja w którymś kierunku niesie za sobą więcej szkód niż korzyści.


Nie potrafimy wyegzekwować przepisów, które obowiązują obecnie

W Polsce aborcja jest możliwa w trzech konkretnych przypadkach. Wylicza się je tak często, że można je natychmiast wymienić będąc obudzonym w środku nocy. Niestety, prawo jest praktycznie martwe. Zbyt wielu lekarzy zasłania się klauzulą sumienia, albo kluczy i nadużywa swojej władzy, uciekając od obowiązków (chyba pamiętacie sprawę obecnego prawicowego celebryty - prof. Chazana). Nie może być tak, że jeśli istnieją wskazania i prawna możliwość wykonania zabiegu, pacjentkom odmawia się pomocy, zostawiając je samym sobie i skazując na poniżające szukanie odpowiedniego lekarza i szpitala. Zasłanianie się sumieniem nie powinno mieć miejsca, a wybierając specjalizację z ginekologii, trzeba się niestety zgodzić z koniecznością wykonywania także aborcji.


Całkowity zakaz aborcji może zabić współczesną diagnostykę i leczenie prenatalne

Obecny rząd ma tendencję do pisania ustaw na kolanie. Szybko, dużo i z szeregiem błędów (wystarczy spojrzeć na ostatnie przepisy o IPN – minister sprawiedliwości, pod którego nadzorem stworzono nowelizację, bardzo szybko przyznał, że niektóre fragmenty są niezgodne z konstytucją). Tak samo może być w przypadku zakazu aborcji. Jeśli przepisy będą nieprecyzyjne, lekarze odmówią diagnostyki i leczenia płodu. Inwazyjne procedury zawsze niosą ze sobą ryzyko poronienia lub przedwczesnego porodu. Żaden ginekolog nie zgodzi się na ryzyko więzienia, bo przecież może zostać oskarżonym o przerwanie ciąży. Ciężarne po raz kolejny zostaną pozostawione same sobie.

Inną sprawą są stany zagrażające życiu matki. Co na przykład zrobić z ciążą jajowodową? Na wczesnym etapie nie stanowi bezpośredniego zagrożenia życia ciężarnej, nie ma jednak możliwości doprowadzić tej ciąży do końca - trzeba ją usunąć. Jaką decyzję podjąć? Terminować od razu, ratując zdrowie kobiety i dając jej szansę na kolejne dziecko? A może poczekać, aż jajowód pęknie, ryzykując życie kobiety, ale postępując zgodnie z przepisami i „moralnością”?


Nikogo nie obchodzi co się stanie z dziećmi po urodzeniu

Politycy mają ciekawy ale głupi sposób rozwiązywania problemów. Jeśli coś im się nie podoba, to po prostu tego zakazują. Dokładnie tak jest z aborcją. Rządzący chcą ochrony płodów, jednak nie obchodzi ich jak będzie wyglądało ich życie już po urodzeniu. Pomoc rodzinom z niepełnosprawnymi dziećmi traktowana jest po macoszemu (jednokrotny zasiłek to żadna pomoc). Nikt też nie patrzy na to co stanie się po śmierci rodziców. Tych ludzi interesuje tylko, żeby kobieta urodziła, później niech radzi sobie sama. Czy tak właśnie powinno to wyglądać?

Głównym założeniem ustawy jest zakaz aborcji ze względu na ciężkie i nieodwracalne wady płodu. A gdyby tak, zamiast po prostu mnożyć zakazy, zmniejszyć ryzyko tych wad? Oczywiście, nie wyeliminujemy wszystkich, ale możemy zrobić całkiem dużo.

Pierwszy z brzegu przykład. Ryzyko wystąpienia zespołu Downa u dziecka zależy od wieku matki. Jest duże w przypadku kobiet przed 16 rokiem życia, następnie spada, by znów znacznie wzrosnąć u kobiet po 35 roku. Wnioski nasuwają się same. Jeśli zapewnimy młodym kobietom dobrą edukację seksualną i dostęp do antykoncepcji (nie oszukujmy się – młodzi ludzie uprawiają seks. Dużo seksu), ograniczymy liczbę młodocianych ciąż i liczbę dzieci z zespołem Downa.

 Taka sama logika ma zastosowanie u kobiet po 35 r.ż. Ludzie coraz później zakładają rodziny dbając o swoje kariery zawodowe, pasje i zainteresowania. Chcą zapewnić swoim dzieciom odpowiedni poziom życia. A gdyby im w tym pomóc? Nie przez comiesięczne przelewy na konto – to tylko tuszowanie problemu i malowanie trawy na zielono. Potrzebne są bardziej długofalowe, skuteczne rozwiązania. Jeśli zapewnimy dzieciom miejsca w przedszkolach, młodzi rodzice nie będą musieli martwić się o opiekę, kiedy sami pójdą do pracy. Jeśli zapewnimy szkoły na wysokim poziomie, pozwolimy dzieciom szybciej zyskać samodzielność i niezależność finansową – kto wie, może wtedy one same szybciej zdecydują się na rodzicielstwo?

Usuwając przyczyny, można zmniejszyć ryzyko wystąpienia wielu innych wad płodu, m.in. rozszczepów kręgosłupa, czy nawet ciąży pozamacicznej. Zapobiegając tym patologiom zmniejszymy konieczność wykonywania aborcji. Rozwiązania te mają jednak dużą wadę – są długofalowe i nie przyniosą efektów od razu – będą one widoczne może za 5, może za 10 lat. A przecież już teraz trzeba zadbać o głos w najbliższych wyborach.


Aborcja stała się sprawą ideologiczną a nie medyczną

Mam pogląd, że jeśli ktoś chce mnie uczyć moralności, sam powinien postępować wg własnych zasad. Ciężko to powiedzieć o ludziach najbardziej sprzeciwiających się aborcji. Kler nieustannie krzyczy o barbarzyństwie i bezbożności usuwania ciąży, jednak nie potrafi poradzić sobie z problemem pedofilii, czy innych wątpliwych moralnie występkach księży. O politykach nie będę wspominał. Denerwuje mnie wszechobecna hipokryzja, tak bardzo widoczna w życiu publicznym. Rządzący i duchowni narzucają nam ścisłe zasady, których sami nie przestrzegają, zasłaniając się mglistymi wymówkami. Swoją drogą Jezus sam najbardziej piętnował faryzeuszy.


Aborcja to nie antykoncepcja

Słowem wstępu – w tym akapicie mówię o sytuacjach, gdy dwoje ludzi dobrowolnie idzie razem do łóżka, przypadki np. gwałtów to kompletnie inna sprawa.

Na studiach od pewnej pani ginekolog usłyszałem mądre zdanie - „Istnieje tak wiele metod antykoncepcji, że aborcja nie może być traktowana jako jedna z nich”. Proste, ale trafia w sedno - mamy zbyt wiele metod zapobiegania ciąży, żeby w pełni dopuszczać do aborcji na żądanie. Prezerwatywy, tabletki hormonalne, zastrzyki, wkładki wewnątrzmaciczne, a w niektórych sytuacjach także antykoncepcja awaryjna, są wystarczająco skuteczne, żeby zapobiegać ciąży. Trzeba tylko pomyśleć o nich wcześniej.

Z tego powodu uważam za ogromnie szkodliwe dla całej dyskusji słowa ludzi mówiących o aborcji właśnie jako o rodzaju antykoncepcji. W ten sposób mówiła o niej np. śp. Maria Czubaszek, czy Natalia Przybysz. Rozumiem dlaczego takie wyznania rodzą skrajne emocje i skrajny sprzeciw, a to nie sprzyja poważnej rozmowie, tylko oddala nas od sensownego rozwiązania.


Sprawa aborcji, po raz kolejny pokazała jak bardzo spolaryzowane. Zwracamy się w stronę czarnego lub białego, zapominając, że to odcienie szarości najlepiej opisują naszą rzeczywistość. Niestety, dopóki tego nie dostrzeżemy, nigdy nie dojdziemy do porozumienia.



Foto: Jakub Kamiński/PAP

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.