KRÓTKA HISTORIA PIJANEJ ŚMIERCI

20 kwietnia

Pacjenci nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Najlepsi są w tym palacze i alkoholicy. Mam wrażenie, że ci ludzie są niezniszczalni, przyzwyczajeni do najgorszych trucizn i odporni na każde zagrożenie. Nie straszne im upadki z wysokości, wypadki drogowe, czy pobicia. Zwykle wstaną, otrzepią się i pójdą dalej. Jedynie z rzadka, zmuszeni przez kogoś z otoczenia, pojawią się w szpitalu. Wtedy zaczyna się zabawa.


Około 17.30 pogotowie przywiozło nam kolejnego pacjenta. Z relacji ratowników wynikało, że zasłabł on niedługo po bardzo szybkim wypiciu 0,5l wódki, a zaniepokojony kolega od kielicha zadzwonił na karetkę. Od samego pacjenta nie dowiedzieliśmy się niczego - dalej był nieprzytomny. W jego kieszeni znaleźliśmy za to komórkę i telefon do żony. Rozmowa z nią nie była jednak zbyt przyjemna. Krótko mówiąc, kobieta nie była zainteresowana stanem męża i dobitnie powiedziała, że nie obchodzi jej co się z nim stanie. To by było na tyle, jeśli chodzi o dodatkowy wywiad.

Nie wiedzieliśmy co dokładnie dzieje się z pacjentem, dlatego od początku leżał podpięty do monitora na sali reanimacyjnej. Założyliśmy wkłucia, pobraliśmy krew do badań, zaczęliśmy cewnikować. Niby wszystko działo się jak powinno, ale cztery promile alkoholu we krwi zaczęły robić swoje. Twarz mężczyzny stawała się coraz bardziej sina, a miarowe pikanie kardiomonitora - coraz wolniejsze. W końcu rytmiczne dźwięki zamieniły się w ciągły pisk. Serce stanęło. Zaczęliśmy reanimację.


Nie trwało to długo. Po zaledwie pięciu minutach serce podjęło samodzielną pracę. Pacjent oddychał przy pomocy respiratora jeszcze przez jakieś dwie godziny, ale kiedy byliśmy już pewni, że da sobie radę sam, wyjęliśmy rurkę do intubacji, przenieśliśmy go do sali obserwacyjnej i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej.

Podobno, jeśli poczekasz wystarczająco długo, niektóre problemy rozwiążą się same. Tak stało się i tym razem. Głośne tupanie i krzyki obwieściły przebudzenie się naszego bohatera. Nie był zadowolony. Odpuścił sobie podziękowania, i przeszedł do tłumaczenia jakimi idiotami jesteśmy i że możemy się pocałować w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Później opuścił SOR.

Z niektórymi jego skargami mogłem się nawet zgodzić. O ile na ból i zawroty głowy zapracował sobie sam, bolące żebra i drapanie w gardle były naszą zasługą. Cóż, taka była konieczność.


Jeśli się chwilę zastanowić, najgorsze w tej historii jest to, że ten człowiek nigdy nie będzie świadom, jakie miał szczęście. Pójdzie znowu pod swój ulubiony sklep, spotka się z kolegami, wypali paczkę fajek i opowie, jak strasznie został potraktowany. Później wypije kolejną wódkę. Być może ostatnią.




A i jeszcze jedno. Słyszeliście kiedyś o odmie? To taki stan zagrożenia życia, w którym powietrze przedostaje się do klatki piersiowej i powoduje zapadnięcie płuca. Dwa dni temu przyjęliśmy takiego pacjenta na oddział. Dzisiaj widziałem go na fajce. Zapadnięte płuco wcale mu nie przeszkadzało.



Photo by Hans Eiskonen on Unsplash

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.