DO ŚMIERCI TRZEBA MIEĆ SZACUNEK

01 czerwca


Technologia zmieniła oblicze medycyny. Nowoczesne urządzenia i leki uratowały niezliczone istnienia, ale przyczyniły się też do ogromnych cierpień. Lekarze zachłysnęli się swoimi możliwościami. Z uporem maniaka walczyli o każde życie, nie zadając pytania, czy warto to robić. Konsekwencją takiego podejścia byli ludzie pozostawieni w stanie wegetatywnym, z połamanymi żebrami i mostkiem, wymagający całodobowej opieki. Najważniejsze, że statystyki się zgadzały – kolejny byt został ocalony.

To podejście zmienia się od pewnego czasu. Zamiast na długość życia, lekarze zwracają uwagę na jego komfort. Myślą o tym, jak będzie wyglądała codzienność pacjenta już po wyjściu ze szpitala. Czy będzie funkcjonował samodzielnie? Czy da radę zadbać o swoje potrzeby? A może będzie zdany tylko na innych? Nie zapomnę, jak podczas zajęć pewien kardiolog powiedział mojej grupie, że „najważniejszą i najtrudniejszą decyzją lekarza nie jest to, jakie leczenie zastosować, ale kiedy je zakończyć”. O tym jak trudna jest ta decyzja, przekonałem się niedawno.

Na sali pooperacyjnej leżała kobieta, której dwa dni wcześniej usunięto odbytnicę. Chirurdzy uznali, że to najlepsza metoda walki z rozwijającym się rakiem. Oprócz nowotworu nie miała większych obciążeń. Pierwsze doby po zabiegu minęły bez problemów. Teraz jednak stan pacjentki zaczął się pogarszać. Zaburzenia świadomości, spadające wysycenie krwi tlenem. Mimo wysiłków lekarzy i podawania kolejnych leków, serce przestało pracować. Zaczęliśmy uciskać klatkę piersiową.

Kilka minut wystarczyło, żeby przywrócić tętno i krążenie krwi. W tym czasie przybiegli też anestezjolodzy, którzy zaintubowali pacjentkę, podłączyli ją do respiratora i zwiększyli dawki leków, które miały pobudzać serce do pracy. To jednak nie wystarczyło. Znowu brak tętna, znowu uciśnięcia klatki piersiowej, znowu chrzęst żeber pod dłońmi. Z powodu mechanizmu, w jakim zatrzymało się serce, nie można było użyć defibrylatora. No nic, trzeba działać bez niego.

Jeszcze raz zaczęliśmy uciskać klatkę. Jeszcze raz tętno wróciło, by zaniknąć po minucie albo dwóch. Kolejna resuscytacja, mimo ogromnych dawek leków wciąż pompowanych do organizmu pacjentki, nie przyniosła już rezultatów. Czynność elektryczna serca była zbyt chaotyczna, żeby mięsień podjął pracę.  Anestezjolog zdecydowała o zakończeniu reanimacji. "Śmierci należy się szacunek".

Na stole obok łóżka leżały jeszcze reportaże Kapuścińskiego, trochę wody i telefon. Migająca dioda sygnalizowała nieodebrane połączenie.


Czas zgonu - 12.35.




Dzięki, że jesteś. Jeśli Ci się spodobało, wejdź tutaj i zostań na dłużej




Photo by Kendall Lane on Unsplash


Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.