SKAZANI (?) NA LECZENIE

24 lutego


Praca z pacjentami jest pełna paradoksów i sprzeczności. Największy z nich? Pacjenci, którzy nie potrzebują leczenia pchają się do szpitala, a ci, którzy terapii naprawdę wymagają, traktują ją jak największe zło. Takich problemów, mających duży wpływ na wyniki terapii i samopoczucie chorego, jest jednak znacznie więcej. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o trzech, z którymi spotykam się najczęściej.

Przyjmowanie leków

Standardowa sytuacja. Przyjmujemy na oddział pacjenta obciążonego licznymi chorobami, jednak nasz nowy podopieczny nie ma przy sobie żadnej listy stosowanych przewlekle leków. Prosimy więc konsultantów o ustawienie nowego, przynajmniej tymczasowego, leczenia. Wtedy właśnie pacjenci odmawiają przyjmowania nowych leków – przecież w domu brali małe białe tabletki, a teraz dajemy im takie duże i niebieskie. Na pewno chcemy, żeby poczuli się gorzej!

Taki sam sprzeciw pojawia się, kiedy zmieniamy przewlekle stosowane leki, bo widzimy, że nie spełniają swojej roli. Co najśmieszniejsze, jednej strony pacjenci mają do nas pretensje, że próbujemy zmienić terapię, a z drugiej oskarżają nas o lenistwo, bo nie potrafimy poprawić ich samopoczucia. I weź tu bądź człowieku mądry.

Wykupienie leków przepisanych do domu

Mam małą listę najczęściej zadawanych przez pacjentów pytań dotyczących leków zapisanych na recepcie:
„A czy ja muszę to wszystko brać?”
„A co jeśli dzisiaj tego nie wykupię?”
„Aż tyle?”
„A po co mi to?”
„A jeśli nie będę tego brał?”

Zauważcie, że żadne z tych pytań nie odnosi się do mechanizmu działania, funkcji, czy nawet bezpieczeństwa przepisanych środków. Nie chodzi nawet o ich cenę (te, które zwykle zlecam są wydawane z apteki za wręcz symboliczną opłatą). To po prostu czysta próba negocjacji z lekarzem, chociaż dalej nie odgadłem jej celu.

To wszystko może się wydawać śmieszne, dopóki nie zagraża zdrowiu i życiu pacjenta. Przez ostatnie kilka wizyt w poradni próbuję przekonać jednego z nich do wykupienia antybiotyku niezbędnego w leczeniu infekcji rany. Niestety alkohol pozostaje priorytetem – za 30 złotych można kupić go całkiem sporo.

Tylko, czy warto ryzykować amputacją nogi dla kilku butelek wódki?

Utrzymanie gipsu

Pracuję na oddziale ortopedii, więc codziennością jest zakładanie pacjentom opatrunków gipsowych. Najczęściej słyszanym przeze mnie pytaniem jest „a ile będę musiał to nosić?” Standardowa odpowiedź „na początek cztery do sześciu tygodni” wcale nie poprawia nastroju chorego, który nagle staje się praktycznie zawodowym negocjatorem. Mówię całkiem serio – mało kto potrafi jednocześnie używać tylu różnych technik pertraktacji co pacjent z nogą w gipsie.

I nawet jeśli moje argumenty przekonają pacjenta, często jest to tylko pyrrusowe zwycięstwo. Gips może i pozostaje na kończynie, ale zwykle jest w tak opłakanym stanie, że nie spełnia swojej funkcji. Swoją drogą, zastanawiam się nad codziennością takich pacjentów. Na przykład zwykle nie kładziemy się do łóżka w ubłoconych, mokrych ubraniach – dlaczego więc gips miałby być wyjątkiem?




Oczywiście każdego dnia pojawia się też cała masa innych, mniejszych lub większych problemów. O niektórych z nich pisałem już wcześniej (np. tutaj i tutaj). Na szczęście istnieje argument, który zwykle trafia do pacjentów i kończy dyskusję – wystarczy powiedzieć, że ostateczna decyzja czy stosować terapię, czy nie zawsze należy do pacjenta. Przecież to on jest najbardziej odpowiedzialny za własne zdrowie.




Dobrze, że jesteś! 
Jeśli spodobał ci się ten tekst, dołącz do mnie na facebooku 

i instagramie

Photo by rawpixel on Unsplash

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.