DYŻUR TO NIE PLAŻA

08 czerwca



Często czytam, że dla lekarzy dyżury są prawie jak wakacje. Nieźle płatne wakacje. Ciężko o bardziej krzywdzące stwierdzenie, szczególnie jeśli pracuje się na oddziale urazowym, takim jak mój. Nasze dyżury to nieustanny sprint, podczas którego ciężko liczyć na jakikolwiek odpoczynek. Oto jak wyglądają moje 24 godziny w szpitalu.

Godzina 8.00
Na początek raport – krótka relacja o tym co działo się przez ostatnią dobę. Podsumowanie przyjęć, wykonanych operacji, zdarzeń na oddziale i przypadków zarejestrowanych na SORze. Dowiadujemy się, na których pacjentów należy zwrócić uwagę, jaką wdrożyć diagnostykę i jak rozplanować dalsze leczenie.

Godzina 8.30
Lekarze rozplanowani do pierwszych zabiegów idą na blok operacyjny przygotować pacjentów. Reszta rozpoczyna wizytę. Traumatologia, pododdział, na którym pracuję, to siedem sal, w każdej średnio po czterech pacjentów. Do tego chorzy leżący na korytarzu. Razem trzydzieści kilka osób, z których stan należy sprawdzić i wydać zalecenia dotyczące dalszego postępowania. Decyzje dotyczące podania lub odstawienia leków, zaplanowania badań, rehabilitacji i usprawniania, zmian opatrunków, planowania wypisów i operacji na kolejne dni.

Godzina 9.10
Siadamy do komputerów, zlecamy badania laboratoryjne, umawiamy badania obrazowe i konsultacje. Zużywamy tony papieru. Czasami trzeba wykonać kilka telefonów, żeby ogarnąć diagnostykę jednego chorego. Jeśli telefon nie odpowiada, to dzwonimy do skutku. Trzeba się spieszyć – niektóre oddziały przyjmują konsultacje tylko do 10.00 – później trzeba prosić dyżurnego, który prawdopodobnie sam biega po całym szpitalu i ma miliard spraw do załatwienia. Kiedy uporamy się już ze zleceniami, trzeba pójść na salę opatrunkową, zmienić opatrunki, założyć albo zdjąć unieruchomienie. Jeszcze tylko kilka przekleństw, bo całe ubranie znowu białe od gipsu i można biec do innych obowiązków.

Godzina 12.13
Pierwsi pacjenci wracają z bloku, a na sale jadą kolejni. Teraz mój zabieg – repozycja złamania i stabilizacja prętem śródszpikowym. Niezła operacja, małoinwazyjna, chociaż czasami pojawiają się trudności z odpowiednim umiejscowieniem pręta, a przez to z repozycją i stabilizacją złamania. Wchodzę na salę, witam się z anestezjologiem i przekazuję informację o planowanym zabiegu – jak ułożymy pacjenta, co będziemy robić, ile czasu potrzebujemy. Trzeba trochę poczekać na znieczulenie – przygotowanie pacjenta, ukłucie i podanie leków do przestrzeni podpajęczynówkowej trwa parę minut.

Godzina 12.55
Pierwsze cięcie. Skóra, tkanka podskórna. Dochodzimy do kości i pod kontrolą RTG znajdujemy miejsce wprowadzenia gwoździa. Teraz prowadnica, otwarcie kanału i zaczynamy wprowadzać pręt. Idzie jak po grudzie. Trzeba użyć odpowiedniej siły – zbyt mało i nie posuniemy się do przodu, zbyt dużo a kość pęknie. Mimo włączonej klimatyzacji, czuje jak pot cieknie mi po plecach. Mam na sobie szczelny sterylny fartuch, pod którym znajduje się ołowiany fartuch ochronny, ważący jakieś sześć kilogramów. Niby niewiele, ale popracuj w takim przez trzy godziny. Do tego czapka, maska i dwie pary rękawiczek. Pozycja, w której operuje jest mało wygodna, bo większość miejsca zajmuje monitor RTG, dzięki któremu kontrolujemy ustawienie odłamów i pręta. Koniec końców całość przypomina grę w Twistera.

Godzina 14.55
Pręt na swoim miejscu, kontrolne RTG wygląda dobrze. Zaczynam szyć skórę. Dzwoni telefon. Pierwszy dyżurny mówi, że powinienem pójść na inną salę operacyjną, bo właśnie przyjechał pacjent potrącony przez samochód z dużą raną w okolicy kolana. Cóż… nici z jedzenia, chociaż brzuch burczy tak, że słyszy cała sala operacyjna. Kończę szycie i oddaję pacjenta pielęgniarkom. Przebieram się i biegiem do kolejnego przypadku.

Godzina 15.08
Jestem już na sali, anestezjolodzy kończą znieczulenie. Odwijamy opatrunek i widzimy sporą ranę dołu podkolanowego. No nic, będziemy szyć. Pacjent miał sporo szczęścia – żadne naczynie ani nerw nie zostały uszkodzone, a brakowało dosłownie milimetrów. Martwimy się o stan jednego z płatów skórnych – mocno oberwał i może zmartwiczeć – o jego przyszłości zadecyduje kolejnych kilka dni. Dokładnie czyścimy ranę z piasku i trawy, zaczynamy szycie. Ubytek skóry jest duży, więc możemy jedynie zbliżyć brzegi rany. Gojenie będzie długie. Jeszcze tylko zlecamy antybiotyki i wracamy na oddział.

Godzina 17.20
Mogę usiąść do papierkowej roboty. Uzupełniam historie pacjentów, piszę opisy zabiegów, doczytuję coś z podręczników. Co chwilę przerywam pracę, by udzielić informacji rodzinom pacjentów czy odebrać telefon. Trudno się skupić, gdy dookoła cały czas coś się dzieje.

Godzina 19.00
Robimy wieczorną wizytę. Tym razem trzeba zajść także na ortopedię. Razem mamy pod sobą prawie sześćdziesięciu chorych. Sprawdzamy jak się czują, zlecamy konieczne badania i wypełniamy zalecenia anestezjologów. Kilku pacjentów potrzebuje przetoczenia krwi, więc wypełniamy dokumenty i rozpoczynamy transfuzje.

Godzina 20.27
Telefon z SORu. Wypadek komunikacyjny, pacjent w stanie ciężkim, uraz wielonarządowy.  Kiedy wchodzimy do sali reanimacyjnej, chorym zajmuje się zespół lekarzy i pielęgniarek. Anestezjolodzy utrzymują pacjenta przy życiu, torakochirurg drenuje jamy opłucnowe, w których zebrał się płyn, chirurg zajmuje się uszkodzeniami jamy brzusznej. Sprawdzamy wyniki tomografii komputerowej. W głowie niezbyt dobrze, masywna odma, wynaczyniona krew w jamie brzusznej – to działka innych lekarzy. Sprawdzamy kręgosłup i miednicę. Na szczęście żadnych złamań. Kończyny dolne – też nic. Złamane są jedynie ramię i przedramię – nic zagrażającego życiu, operacja może poczekać. Na razie zakładamy jedynie opatrunki gipsowe, a pacjent jedzie na intensywną terapię.

Godzina 22.04
Wreszcie można na chwilę usiąść. Zamawiamy coś do jedzenia. Z racji późnej godziny niewiele miejsc jeszcze pracuje, ale znajdujemy coś odpowiedniego. Przewidywany czas dostawy 23.35.

Godzina 22.50
Pacjentka na sali pooperacyjnej znowu jest niespokojna. Choć jest przytomna, to już od dawna nie ma z nią kontaktu. Najgorsze jest to, że próbuje sobie wyrwać wkłucia, w tym wkłucie centralne, czyli dostęp do żyły podobojczykowej. Nie można na to pozwolić, a leki nie zdają egzaminu. Konieczne jest zastosowanie unieruchomienia co skutkuje kolejnymi trzydziestoma minutami spędzonymi nad wypełnianiem dokumentów.

Godzina 23.40
Przyjeżdża jedzenie i momentalnie znika z naszych talerzy. Trzeba jeść szybko, bo za chwile może przylecieć kolejny śmigłowiec z pacjentem wymagającym natychmiastowej pomocy.

Godzina 00.30
Na szczęście żaden śmigłowiec nie przyleciał, a ja miałem czas nadrobić jeszcze kilka papierów. Bez takich, w miarę spokojnych, dyżurów moje zaległości narosłyby do niesamowitych rozmiarów. Przechodzę jeszcze przez oddział, po cichu zaglądam do pacjentów, szczególnie do tych na salach pooperacyjnych. Na monitorach sprawdzam tętno, ciśnienie, saturację. Wszystko wygląda w porządku. Czas nieco odpocząć.

Godzina 1.00
Słaniając się na nogach dochodzę do gabinetu i kładę się na kanapie. Telefon przy uchu, żeby przypadkiem nie przespać wezwania. Modlę się, żeby nikt nie zadzwonił.

Godzina 6.30
Dzwoni budzik. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Budzę się jak na kacu – sen w pracy wcale nie jest pełnowartościowy. Przez cały czas znajdujesz się w stanie gotowości, żeby zerwać się na równe nogi, kiedy dostaniesz wezwanie. No nic, trzeba wracać do pracy. Pytam się pielęgniarek, czy w nocy działo się coś szczególnego, a później siadam do pisania raportu.

Godzina 8.00
Rozpoczyna się raport. Teraz to my podsumowujemy ostatni dzień i przedstawiamy plan zabiegów na kolejny.

Godzina 9.00
Dwudziesta piąta godzina pracy. Wracam do domu.
Dobranoc.


Dobrze, że jesteś! 
Jeśli spodobał ci się ten tekst, dołącz do mnie na facebooku 

i instagramie


Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.