8 RZECZY, ZA KTÓRE KOCHAM MOJĄ PRACĘ

11 lipca



Lubię sobie czasem ponarzekać. Czuję się usprawiedliwiony, bo to podobno nasza narodowa przypadłość. Jednym tchem wyliczamy rzeczy, które nas denerwują, wkurzają i są niekomfortowe, a jednak, kiedy przychodzi do wyliczania pozytywów, musimy się chwilę zastanowić, a czasem nawet nieco naciągnąć rzeczywistość. 

Ostatnio, po kilku tygodniach wytężonej pracy, trafiłem na zwolnienie lekarskie. Niby nic szczególnie poważnego, ale musiałem spędzić parę dni w domu, dzięki czemu miałem czas chwilę odetchnąć i pomyśleć, dlaczego właściwie lubię przychodzić do szpitala. Oto co wymyśliłem (i żeby nie było, punkty są w losowej kolejności, a każdy jest tak samo ważny!)


Za kawę – przy głównym wejściu do Kliniki znajduje się niewielkie stoisko z kawą. Zaglądam tam praktycznie każdego ranka, żeby kupić porcję kofeiny. Nie jestem jakimś szczególnym znawcą, ale cholernie doceniam tą kawę. Może sęk nie tkwi w samym napoju? Myślę, że chodzi o coś więcej. Te dziesięć minut, które spędzam siedząc spokojnie w gabinecie, to zwykle pierwsze i ostatnie chwile wytchnienia w pracy wymagającej nieustannego skupienia i poświęcenia sprawom pacjentów. A jeśli zdarzy się spokojniejszy dzień (wyjątkowo rzadko, ale jednak), możemy z kolegami usiąść na parapecie i wygodnie porozmawiać o wydarzeniach na oddziale, w klinice, albo po prostu pogadać o pierdołach. Więc tak, kawa to taki symbol krótkich momentów wytchnienia wśród całej tej bieganiny.



 Za traumatologię – bardzo długo wybierałem swoją specjalizację. Łatwo mi było stwierdzić, czego na pewno nie będę robił - za nic nie zostałbym ginekologiem, pediatrą, ani lekarzem rodzinnym. Zastanawiałem się nad kardiologią, anestezjologią, chirurgią… w końcu wybór padł na ortopedię i traumatologię. Z naciskiem na traumatologię. Praca z pacjentami urazowymi to dla mnie esencja medycyny. Działania muszą być szybkie i zdecydowane, bo wahanie może skończyć się tragedią. Jasne, taka praca generuje ogromną ilość stresu, a lepsze pieniądze idą za protezami, ale na razie to właśnie traumatologia interesuje mnie najbardziej. I patrząc na to, że nasz oddział jest pełny niezależnie od pory roku, jednego jestem pewien – pacjentów na pewno mi nie zabraknie.


Za obniżenie rachunków – inflacja jest nieubłagana - ceny każdego z mediów rosną. Od kiedy jednak większość swojego czasu spędzam w szpitalu, zużywam w domu znacznie mniej prądu i wody. Przyczyny są łatwe do znalezienia. Rzadko gotuję, bo i tak nie mam kiedy, a szpitalna stołówka nie jest taka zła. W efekcie mniej też zmywam. Prysznic biorę często na oddziale, albo na siłowni, gdzie wybieram się wieczorem, kiedy moje nogi odpoczną po kilkugodzinnym staniu przy stole operacyjnym. Efekt? Więcej pieniędzy zostaje w portfelu, a ja mogę je odłożyć, albo wydać na pierdoły.
    

    Za pieniądze – podobno praca lekarza to powołanie, a nie zawód. Nie potrafię się z tym zgodzić. Leczenie wymaga ogromnej wiedzy, zaangażowania i poświęcenia, ale jednak dalej pozostaje pracą. Wiecie dlaczego lekarz powinien dobrze zarabiać? Bo dzięki temu wy dostaniecie lepszą opiekę. Jeśli będę mógł pracować tylko w jednym miejscu, a nie pięciu, będę bardziej wypoczęty, znajdę więcej czasu dla swoich pacjentów, będę miał chwilę na przeszukanie podręczników i wezmę udział w kursach doszkalających. To wszystko przełoży się na lepsze wyniki leczenia. Przy okazji jestem prawie pewien, że wysokie zarobki zmniejszają (jeśli nie likwidują) zjawisko łapownictwa – bo po co narażać się na ostracyzm i więzienie, skoro co miesiąc dostaję uczciwy przelew na konto?

Można się bronić rękami i nogami, ale prawda jest taka, że powołaniem się nie najem. Chleba nie kupię za uśmiech. Mając na koncie odłożoną pewną sumę czuje się bezpiecznie – wiem, że mogę od ręki zapłacić za dentystę, naprawę samochodu, albo pomóc rodzinie, kiedy będą tego potrzebowali. Mogę kupić sobie podręczniki, nie musząc się martwić, czy będę miał co jeść przed nadejściem następnego przelewu. A jeśli mi coś zostanie, mogę to wydać na przyjemności. W końcu pracujemy, by żyć, a nie żyjemy by pracować.


Za ludzi, z którymi pracuję  - o zadowoleniu z pracy w ogromnym stopniu decydują osoby, z którymi działasz. To truizm, ale jakże prawdziwy. Od samego początku dostaję ogromne wsparcie od ludzi w mojej klinice. Nie tylko od lekarzy, ale także od pielęgniarek, statystyczek czy nawet od naszej sekretarki (lepszej kobiety od niej nie znajdziesz!). Mogę zapytać się o wszystko, będąc pewien, że zawsze udzielą mi najlepszej wg nich odpowiedzi. Jasne, ich rady będą się różnić w zależności od ich wiedzy, doświadczenia, czy preferencji, ale dzięki temu mogę porównać kilka różnych opinii i wybrać najlepszą, według mnie, opcję. Szczerze mówiąc, takie rozwiązanie bardzo mi pasuje, bo uczy mnie decyzyjności i pokazuje, że każdy problem może mieć wiele rozwiązań prowadzących do tego samego wyniku. 


Za porażki – w mojej pracy nie wszystko się udaje. Ludzie umierają mimo najszczerszych wysiłków, a nawet perfekcyjne operacje mogą skończyć się nieprzyjemnymi powikłaniami. Niestety, nie potrafimy przewidzieć wszystkiego. Porażki potrafią zdołować tak, że masz zamiar rzucić wszystko, uciec na drugi koniec świata i już nigdy nie wrócić. Ale mają też swoje jasne strony. Hartują cię, uczą działać niestandardowo, znajdować rozwiązania sytuacji nigdy nie opisanych w podręcznikach. Budują pokorę i nie pozwalają zapomnieć ilu rzeczy jeszcze nie wiesz. Zostając lekarzem musisz być na nie gotowy, a operator bez powikłań nie jest jakimkolwiek autorytetem. Pytanie nie brzmi, czy coś ci nie wyjdzie, ale kiedy i jak sobie z tym poradzisz.


Za recepty i pieczątkę – bardzo cenię sobie wygodę i potrafię rozpoznać większość dolegliwości, które mi dokuczają. Po co miałbym w takim razie iść do lekarza po receptę i zajmować miejsce komuś, kto być może naprawdę potrzebuje pomocy? Szczęśliwie polskie prawo dopuszcza wystawianie recept pro auctore i pro familia, dzięki czemu mogę kupić wszystkie potrzebne mi leki. Swoją drogą jest to też wygoda dla mojej rodziny, bo babcie nie muszą stać w kolejkach do rodzinnego, żeby dostać receptę na stosowane od x lat leki.


Za wdzięczność pacjentów – tego nie trzeba długo opisywać. To wspaniałe uczucie powiedzieć pacjentowi, że dziś oficjalnie kończymy leczenie i usłyszeć od niego proste, szczere „dziękuję”.


A wy? Lubicie swoją pracę, czy raczej marzycie o jej zmianie? Dajcie znać w komentarzach!




Dobrze, że jesteś! 
Jeśli spodobał ci się ten tekst, dołącz do mnie na facebooku 

i instagramie




Photo by Arseny Togulev on Unsplash

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.